Autorem tego postu jest mój znajomy z forum xd Takie cuda powstają tylko na forum o The Hunger Games xD
Nastał nowy dzień.
Promienie spadające na twarz Nathana zbudziły chłopaka ze snu. Obrócił się chcąc spojrzeć na nieskazitelnie czysty sufit, lecz jego wzrok zatrzymał się na czymś innym. Albo raczej na kimś. Lily, dziewczyna z jego dystryktu, spała w jego łóżku! Odsunął się od niej tak szybko, że nie "wyhamował" i spadł z materaca. W jego głowie natychmiastowo się kłębić najróżniejsze myśli. Co ona tu robi? Czy do czegoś doszło? Coś się wydarzyło?
Z prędkością światła poderwał się z wykładziny i znalazł koło śpiącej Lily. Począł gwałtownie potrząsać ją za ramiona.
- Lily! Co tu robisz?! Co się stało?! Czy my TO zrobiliśmy?! O MÓJ BOŻE! Jesteś w ciąży? Co zrobimy? Cholera, cholera. Musisz przeżyć. Trzeba wymyślić jakąś taktykę by uratować Ciebie i dziecko. Ono jest najważniejsze. Tylko nasza mentorka nie może się o niczym dowiedzieć. Co to, to nie. Zabije nas zanim znajdziemy się na arenie. Musimy to jakoś utajnić... - mówił bez wytchnienia nie przestając nawet na kilka sekund.
A to jest odpowiedź dziewczyny, która z nim wtedy pisała:
Dziewczyna została niezbyt mile obudzona. Dopiero po kilku sekundach dotarło do niej, że miała wyjść, zanim Nathan się obudzi, mówi się trudno. Kiedy usłyszała jakie, to słowa, wypadały energicznie z jego ust nie mogła powstrzymać głośnego śmiechu.
- ... Hahahahaahahaahahahahaha!!!! - zaśmiała się radośnie pierwszy raz od czasu dożynek. Ze śmiechu w kącikach oczu pojawiły się łezki. Nadal nie mogła się uspokoić, więc objęła twarz Nathana rękoma, by w końcu zamknął jadaczkę. Od dawna nie miała tak dobrego humoru.
- Nathan, słonko - zaczęła - nie jestem w ciąży, nic się nie zdarzyło. Zwyczajnie polubiłam z tobą sypiać...Z-Znaczy spać.
Uśmiechnęła się promiennie. Miło z jego strony, że bierze odpowiedzialność nawet za rzeczy jakie się nie wydarzyły, może to nie na miejscu ale cieszę się,że go poznałam. Z niespotykaną energią wyskoczyła z łóżka i ciągnąc za sobą Nathana ruszyła na śniadanie.
Pierwsze Głodowe Igrzyska
sobota, 17 sierpnia 2013
niedziela, 21 lipca 2013
Od tego wszystko się zaczęło...
Ślęczę nad książkami już od dobrych paru godzin ucząc się do testu, który zaważy na mojej przyszłości. Nawet jeśli otrzymam pełną liczbę punktów to nie znaczy, że dostane się na wybrane studia. Wzdycham z rezygnacją i zamykam z trzaskiem podręcznik od biologii. Przeciągam się. Patrzę smutnym wzrokiemo na zdjęcie całej mojej rodziny sprzed pół roku. Wszyscy szczęśliwi i uśmiechnięci. Ja, mama, tata, siostra i brat. Teraz sądzę, że byliśmy tylko zwykłą bandą roześmianych idiotów.
Jestem w połowie działu o genetyce, gdy w pokoju rozbrzmiewa dzwonek mojego telefonu. Kto się dobija? Podnoszę słuchawkę i odzywam się niechętnie:
- Taaak...? - specjalnie przeciągam słowo.
- Panna Midori? - słyszę głos po drugiej stronie. Ewidentnie mężczyzna. Unoszę wysoko brwi w niemym zdziwieniu. - Prezydent Snow mówi - Snow? Ten Snow? Stukam długopisem o blat biurka.
Opieram brodę na dłoni. James Snow - wielki Prezydent Panemu dzwoni do mnie? Do córki ambasadorów niegdysiejszej Europy?
- W czym mogę pomóc? - silę się na obojętny ton. W rzeczywistości zżera mnie ciekawość. Czego on może ode mnie chcieć?
- Mam ofertę nie do odrzucenia - Huu... Robi się ciekawie! Uśmiecham się pod nosem.
- Zamieniam się w słuch - oglądam się na łóżko, w którym śpi moja współlokatorka. Lepiej, żeby nie usłyszała tej rozmowy. Wstaje więc z krzesła i zgarniam z oparcia czarną bluzę z kapturem. Kieruję się bezgłośnie w stronę drzwi i wychodzę z pokoju.
- W całym Panem mówią o twojej kreatywności i pomysłach tak brutalnych i niemożliwych do wykonania, że aż strach o nich myśleć - trawię powoli jego słowa, gdy idę na dach uczelni. Już wiem, czego ode mnie chce. Ostatniego projektu. - A najbardziej z tego wszystkiego rzucił mi się w oczy pomysł z niejakimi Igrzyskami. Czy zgodziłabyś się na wykorzystanie go przez nas w sprawach państwowych? - zatrzymuję się w połowie kroku. To miał być żart. Puściłam wtedy wodze fantazji. Nie mogę sprzeciwić się prezydentowi. Przełykam ślinę i zabieram głos:
- Pozwolę wam na to pod jednym warunkiem. Będę głównym organizatorem - dokładnie. Już ja zadbam o to, by nie było zbyt brutalnie. Po drugiej stronie słyszę śmiech. Od niego przechodzą mi ciarki wzdłuż kręgosłupa. Nie ma w nim żadnej nutki wesołości. Jest tylko ukryta groźba. Oblewa mnie zimny pot. Oznaka czystego strachu. - Niestety nie mogę na to pozwolić. Mój syn, o ile się nie mylę jest mniej więcej w Pani wieku, zajmie się wszystkim. Możesz jedynie doglądać postępów - zaczyna przerywać. Zasięg pada. - Sugeruję, by zaczęła się Panna pakować. Za pół godziny przyleci po Ciebie samolot - i się rozłącza. Staję w miejscu wryta w podłogę. Właśnie najniebezpieczniejszy człowiek świata postawił mnie przed faktem dokonanym. Serce wali mi młotem. Opuszczam rękę na dół. Wisi bezwładnie tuż przy ciele. Telefon wyślizguje mi się z dłoni i roztrzaskuje o podłogę. Zapewne szybka jest ozdobiona pajęczynami pęknięć. Jakby pająk niedawno skończył swoje robótki. Kucam i zbieram szczątki tego, co zostało z komórki i z twarzą ukrytą wśród burzy rudych loków wracam do sypialni. Zamykam za sobą bezgłośnie drzwi i wyciągam torbę podróżną spod łóżka. Wszystko wykonuję automatycznie. Jak robot. Ubrania lądują z cichym plaśnięciem w bagażu. Moja współlokatorka - Nala Evans - przewraca się niespokojnie pod kołdrą. Wpatruję się w nią smutnymi fiołkowymi oczami. Mam zostawić najlepszą przyjaciółkę tylko po to, by spełnić jakieś chore zachcianki psychopaty? Nawet gdybym nie chciała, muszę. Dla jej dobra i dobra całej szkoły. Znam tu dużo ludzi i wiem, że mógłby wykorzystać ich do szantażowania mnie. Tylko ten chłopak. Wiecznie nakrywam się na myśleniu, jak on może wyglądać i jaki ma charakter i nic nie mogę na to poradzić. Sam wchodzi do mojego mózgu. Bez zaproszenia.
- Midori...? - słyszę szept, który wyrywa mnie z zamyślenia. Napotykam ciepłe spojrzenie czekoladowych oczu Nali. Wyglądają one zza beżowej kołdry. Omiata mnie od góry do dołu na chwile zatrzymując się na torbie pełnej ciuchów. - Po co Ci to...? - jest zaspana. Jeszcze. Ale obudzi się, gdy usłyszy wieści. Nabieram powietrza do płuc i wyjaśniam wszystko jednym tchem, a jej źrenice rozszerzają się z każdą minioną sekundą. Głos więźnie mi w gardle. Evans wyskakuje z łóżka w krótkiej piżamce i przyciąga mnie do siebie. Kładę brodę na jej ramieniu i oplatam ręce wokół talii przyjaciółki. Nie mam siły dłużej mówić. Boję się. Po świecie krążyły różne plotki na temat Panemu. Wszystkie straszne. Ale nie to nas przerażało. Gdy tam wjadę nie wypuszczą mnie. Nikt, kto wyjechał do niegdysiejszej Ameryki, nie wrócił z powrotem. Realia życia są bolesne. Zbyt bolesne. Ale muszę być twarda. Odsuwam się od niej i zapinam torbę. - Przynajmniej się przebierz - szepcze zdenerwowana. Mam na sobie jeansy - rurki - podkoszulkę i bluzę z kapturem. Dodać do tego jeszcze bieliznę. To niewiele. Uśmiecham się gorzko.
- W samolocie się ogarnę - zbiera mi się na płacz. Łzy kumulują się w kącikach oczu. Przewieszam pasek przez ramię i staję w drzwiach. - Pozdrów Tenrou - wydukuję i biegnę do wyjścia z akademika. Jestem spóźniona. I to grubo. Wsiadam do taksówki zaparkowanej w pobliżu szkoły. - Na lotnisko. Pędem - warczę. Kierowca bez słowa rusza drogą. Staram się myśleć o tym co mnie czeka. Mijają sekundy, minuty. Czas płynie nieubłaganie i jak za pociągnięciem czarodziejskiej różdżki już po chwili, która wydawała się wiecznością, wsiadam do prywatnego samolotu. I wtedy zapala mi się żarówka w głowie. W pół godziny nie ma jak dolecieć z Panemu do . To oznaczałoby tylko jedno. Nawet gdybym się nie zgodziła i tak bym musiała polecieć. Narzucił mi nieświadomie swoją wolę. Wzdycham zrezygnowana i siadam w jednym z foteli. Nawet nie przyglądam się wnętrzu. Rzucam jedynie torbę na miejsce obok i zagłębiam się w gąbkach obitych jakąś skórą. Morda mi się drze, gdy ziewam przeciągle. Zmęczenie mnie morzy. Dociera do mnie, jak mało spałam. Ktoś staje tuż obok. Odwracam głowę w tamtą stronę i patrzę na wysokiego, umięśnionego mężczyznę o ciemnych brąz włosach opadających leniwie na czoło. Jego twarz jest gładka jak pupcia niemowlaka. To widać gołym okiem. Gdyby dać zarost, wyglądały co najmniej na 40 lat. Jak nie więcej. Piwne oczy przeszywały moją duszę na wskroś. Po raz kolejny tego mrówki przebiegają mi wzdłuż kręgosłupa.
- Pozwól, że się dosiądę - nawet nie pyta mnie o zdanie. Po prostu usadawia się obok, zrzucając moją torbę pod własne nogi i ponownie wpatruje się we mnie tymi oczyma, które mogłyby zabijać gdyby chciały. Przełykam ślinę i wycieram spocone dłonie o spodnie.
- A Pan to...
- James Snow - nie pozwala mi dokończyć zdania. Źrenice rozszerzają mi się ze zdumienia. - Spóźniła się Panienka - słychać groźbę w tych trzech słowach. Nie odrywam jednak wzroku. Trzeba mu pokazać, że się go nie boję, mimo że jest to kłamstwo. Oddycham głęboko. Czuć od niego różami. Zapach ten jest bardzo intensywny.
- James, mogę Ci mówić po imieniu, prawda? - uśmiecham się lekko. - Koleżanka mnie zatrzymała, ale to, że się spóźniłam nie powinno być żadnym problemem. I tak nie mogliście odlecieć beze mnie, czyż nie? - widzę w jego oczach dziwny blask. Serce podskakuje mi do gardła. To co powiedziałam nie było mądre. Nie zdziwię się, jeśli wymierzy mi policzek, ale nic takiego nie ma miejsca. Kładzie jedynie dłoń na mojej głowie i czochra mi włosy. Jestem tak zaskoczona, że jedyne co mogę zrobić o otworzenie ust w niemym zdziwieniu. Prezydent Snow śmieje się cicho.
- Ty i mój syn pasujecie do siebie idealnie. Tak samo pyskaci. Ale nie martw się. Tacy ludzie jak ty wzbudzają we mnie ciekawość. Sądzę, że się dogadamy - uspokajam się momentalnie. Mężczyzna wzbudza we mnie zaufanie. Rumienię się lekko, gdy opuszkami palców muska mój policzek. Odwracam głowę i ukrywam twarz za włosami. - Dziewice są takie urocze - mruczy. Pochyla się nade mną, kładąc ręce po obu moich stronach. Wzbiera we mnie panika. Skurczybyk dobierał się do mnie. Ciężarem swojego ciała sprawia, że leżę na obu fotelach, a on klęczy nade mną i lustruje mnie spojrzeniem. - Uznaj to za karę. Młodego karzę wychłostać za nieposłuszeństwo - już nie jest miły. Dłonie faceta wędrują pod moją bluzkę i kierują się w stronę piersi. Zbliża usta do brzucha i kieruje się nimi wyżej. Szarpię się, ale on tylko uderza mnie w twarz.
- Puszczaj mnie - wycedzam przez zęby. Zero reakcji. Przenosi tylko wargi na moją szyję i liże ją. Bawi się zapięciem mojego stanika. Drugą wolną dłonią zaczyna podwijać mi bluzkę. Zginam nogę w kolanie i wymierzam porządnego kopa. Snow ląduje na ziemi i wije się z bólu. Ocieram szyję z jego śliny i z szybko bijącym sercem zmierzam do kabiny pilotów.
- Suka! - słyszę za sobą. Drzwi otwierają się z sykiem i blada jak ściana wchodzę do kabiny. Mężczyźni patrzą się na mnie zdziwieni. Jeden z nich wstaje z fotela i podchodzi do mnie.
- Coś się stało? - ku mojemu zaskoczeniu wyłapuję w jego głosie troskę. Czyżby wiedział, do czego ten ich Prezydent jest zdolny? Kiwam jedynie głową. Nie jestem w stanie nic powiedzieć. Jeśli to zrobię, to puszczę pawia. Facet podchodzi odrobinę bliżej i kładzie mi rękę na ramieniu. - Usiądź na moim miejscu. Ja z nim pogadam - patrzę mu w oczy. Widzę bardzo duże podobieństwo do James'a. Nogi mi się trzęsą. Siadam więc w miejscu, w którym on przed chwilą był i podciągam kolana pod brodę. Ocieram łzę, która spływa po policzku.
- Spokojnie młoda. To bracia. Znają się jak dwa łyse konie. Przemówi mu do rozsądku - jak dla potwierdzenia jego słów drzwi znowu otwierają się z sykiem i mężczyzna wraca.
- Lepiej Ci? - staje za mną. Kręcę głową. Jak może mi być lepiej po czymś takim?! Westchnienie. - Mam na imię Dante - podnosi mnie i sadowi sobie na kolanach, jak małą dziewczynkę i tuli do swojej piersi. - Musisz się zdrzemnąć.
- Nie chcę - jęczę. A jeśli on tu przyjdzie?
- Zaufaj mi - szepcze mi do ucha. Przymykam powieki i pozwalam, by pustka pochłonęła mnie bez reszty. W stanie snu jestem bezbronna. Mogą robić ze mną co tylko chcą. Ale potrzebuję odpoczynku. Dlatego też zapadam w sen bez koszmarów.
Jestem w połowie działu o genetyce, gdy w pokoju rozbrzmiewa dzwonek mojego telefonu. Kto się dobija? Podnoszę słuchawkę i odzywam się niechętnie:
- Taaak...? - specjalnie przeciągam słowo.
- Panna Midori? - słyszę głos po drugiej stronie. Ewidentnie mężczyzna. Unoszę wysoko brwi w niemym zdziwieniu. - Prezydent Snow mówi - Snow? Ten Snow? Stukam długopisem o blat biurka.
Opieram brodę na dłoni. James Snow - wielki Prezydent Panemu dzwoni do mnie? Do córki ambasadorów niegdysiejszej Europy?
- W czym mogę pomóc? - silę się na obojętny ton. W rzeczywistości zżera mnie ciekawość. Czego on może ode mnie chcieć?
- Mam ofertę nie do odrzucenia - Huu... Robi się ciekawie! Uśmiecham się pod nosem.
- Zamieniam się w słuch - oglądam się na łóżko, w którym śpi moja współlokatorka. Lepiej, żeby nie usłyszała tej rozmowy. Wstaje więc z krzesła i zgarniam z oparcia czarną bluzę z kapturem. Kieruję się bezgłośnie w stronę drzwi i wychodzę z pokoju.
- W całym Panem mówią o twojej kreatywności i pomysłach tak brutalnych i niemożliwych do wykonania, że aż strach o nich myśleć - trawię powoli jego słowa, gdy idę na dach uczelni. Już wiem, czego ode mnie chce. Ostatniego projektu. - A najbardziej z tego wszystkiego rzucił mi się w oczy pomysł z niejakimi Igrzyskami. Czy zgodziłabyś się na wykorzystanie go przez nas w sprawach państwowych? - zatrzymuję się w połowie kroku. To miał być żart. Puściłam wtedy wodze fantazji. Nie mogę sprzeciwić się prezydentowi. Przełykam ślinę i zabieram głos:
- Pozwolę wam na to pod jednym warunkiem. Będę głównym organizatorem - dokładnie. Już ja zadbam o to, by nie było zbyt brutalnie. Po drugiej stronie słyszę śmiech. Od niego przechodzą mi ciarki wzdłuż kręgosłupa. Nie ma w nim żadnej nutki wesołości. Jest tylko ukryta groźba. Oblewa mnie zimny pot. Oznaka czystego strachu. - Niestety nie mogę na to pozwolić. Mój syn, o ile się nie mylę jest mniej więcej w Pani wieku, zajmie się wszystkim. Możesz jedynie doglądać postępów - zaczyna przerywać. Zasięg pada. - Sugeruję, by zaczęła się Panna pakować. Za pół godziny przyleci po Ciebie samolot - i się rozłącza. Staję w miejscu wryta w podłogę. Właśnie najniebezpieczniejszy człowiek świata postawił mnie przed faktem dokonanym. Serce wali mi młotem. Opuszczam rękę na dół. Wisi bezwładnie tuż przy ciele. Telefon wyślizguje mi się z dłoni i roztrzaskuje o podłogę. Zapewne szybka jest ozdobiona pajęczynami pęknięć. Jakby pająk niedawno skończył swoje robótki. Kucam i zbieram szczątki tego, co zostało z komórki i z twarzą ukrytą wśród burzy rudych loków wracam do sypialni. Zamykam za sobą bezgłośnie drzwi i wyciągam torbę podróżną spod łóżka. Wszystko wykonuję automatycznie. Jak robot. Ubrania lądują z cichym plaśnięciem w bagażu. Moja współlokatorka - Nala Evans - przewraca się niespokojnie pod kołdrą. Wpatruję się w nią smutnymi fiołkowymi oczami. Mam zostawić najlepszą przyjaciółkę tylko po to, by spełnić jakieś chore zachcianki psychopaty? Nawet gdybym nie chciała, muszę. Dla jej dobra i dobra całej szkoły. Znam tu dużo ludzi i wiem, że mógłby wykorzystać ich do szantażowania mnie. Tylko ten chłopak. Wiecznie nakrywam się na myśleniu, jak on może wyglądać i jaki ma charakter i nic nie mogę na to poradzić. Sam wchodzi do mojego mózgu. Bez zaproszenia.
- Midori...? - słyszę szept, który wyrywa mnie z zamyślenia. Napotykam ciepłe spojrzenie czekoladowych oczu Nali. Wyglądają one zza beżowej kołdry. Omiata mnie od góry do dołu na chwile zatrzymując się na torbie pełnej ciuchów. - Po co Ci to...? - jest zaspana. Jeszcze. Ale obudzi się, gdy usłyszy wieści. Nabieram powietrza do płuc i wyjaśniam wszystko jednym tchem, a jej źrenice rozszerzają się z każdą minioną sekundą. Głos więźnie mi w gardle. Evans wyskakuje z łóżka w krótkiej piżamce i przyciąga mnie do siebie. Kładę brodę na jej ramieniu i oplatam ręce wokół talii przyjaciółki. Nie mam siły dłużej mówić. Boję się. Po świecie krążyły różne plotki na temat Panemu. Wszystkie straszne. Ale nie to nas przerażało. Gdy tam wjadę nie wypuszczą mnie. Nikt, kto wyjechał do niegdysiejszej Ameryki, nie wrócił z powrotem. Realia życia są bolesne. Zbyt bolesne. Ale muszę być twarda. Odsuwam się od niej i zapinam torbę. - Przynajmniej się przebierz - szepcze zdenerwowana. Mam na sobie jeansy - rurki - podkoszulkę i bluzę z kapturem. Dodać do tego jeszcze bieliznę. To niewiele. Uśmiecham się gorzko.
- W samolocie się ogarnę - zbiera mi się na płacz. Łzy kumulują się w kącikach oczu. Przewieszam pasek przez ramię i staję w drzwiach. - Pozdrów Tenrou - wydukuję i biegnę do wyjścia z akademika. Jestem spóźniona. I to grubo. Wsiadam do taksówki zaparkowanej w pobliżu szkoły. - Na lotnisko. Pędem - warczę. Kierowca bez słowa rusza drogą. Staram się myśleć o tym co mnie czeka. Mijają sekundy, minuty. Czas płynie nieubłaganie i jak za pociągnięciem czarodziejskiej różdżki już po chwili, która wydawała się wiecznością, wsiadam do prywatnego samolotu. I wtedy zapala mi się żarówka w głowie. W pół godziny nie ma jak dolecieć z Panemu do . To oznaczałoby tylko jedno. Nawet gdybym się nie zgodziła i tak bym musiała polecieć. Narzucił mi nieświadomie swoją wolę. Wzdycham zrezygnowana i siadam w jednym z foteli. Nawet nie przyglądam się wnętrzu. Rzucam jedynie torbę na miejsce obok i zagłębiam się w gąbkach obitych jakąś skórą. Morda mi się drze, gdy ziewam przeciągle. Zmęczenie mnie morzy. Dociera do mnie, jak mało spałam. Ktoś staje tuż obok. Odwracam głowę w tamtą stronę i patrzę na wysokiego, umięśnionego mężczyznę o ciemnych brąz włosach opadających leniwie na czoło. Jego twarz jest gładka jak pupcia niemowlaka. To widać gołym okiem. Gdyby dać zarost, wyglądały co najmniej na 40 lat. Jak nie więcej. Piwne oczy przeszywały moją duszę na wskroś. Po raz kolejny tego mrówki przebiegają mi wzdłuż kręgosłupa.
- Pozwól, że się dosiądę - nawet nie pyta mnie o zdanie. Po prostu usadawia się obok, zrzucając moją torbę pod własne nogi i ponownie wpatruje się we mnie tymi oczyma, które mogłyby zabijać gdyby chciały. Przełykam ślinę i wycieram spocone dłonie o spodnie.
- A Pan to...
- James Snow - nie pozwala mi dokończyć zdania. Źrenice rozszerzają mi się ze zdumienia. - Spóźniła się Panienka - słychać groźbę w tych trzech słowach. Nie odrywam jednak wzroku. Trzeba mu pokazać, że się go nie boję, mimo że jest to kłamstwo. Oddycham głęboko. Czuć od niego różami. Zapach ten jest bardzo intensywny.
- James, mogę Ci mówić po imieniu, prawda? - uśmiecham się lekko. - Koleżanka mnie zatrzymała, ale to, że się spóźniłam nie powinno być żadnym problemem. I tak nie mogliście odlecieć beze mnie, czyż nie? - widzę w jego oczach dziwny blask. Serce podskakuje mi do gardła. To co powiedziałam nie było mądre. Nie zdziwię się, jeśli wymierzy mi policzek, ale nic takiego nie ma miejsca. Kładzie jedynie dłoń na mojej głowie i czochra mi włosy. Jestem tak zaskoczona, że jedyne co mogę zrobić o otworzenie ust w niemym zdziwieniu. Prezydent Snow śmieje się cicho.
- Ty i mój syn pasujecie do siebie idealnie. Tak samo pyskaci. Ale nie martw się. Tacy ludzie jak ty wzbudzają we mnie ciekawość. Sądzę, że się dogadamy - uspokajam się momentalnie. Mężczyzna wzbudza we mnie zaufanie. Rumienię się lekko, gdy opuszkami palców muska mój policzek. Odwracam głowę i ukrywam twarz za włosami. - Dziewice są takie urocze - mruczy. Pochyla się nade mną, kładąc ręce po obu moich stronach. Wzbiera we mnie panika. Skurczybyk dobierał się do mnie. Ciężarem swojego ciała sprawia, że leżę na obu fotelach, a on klęczy nade mną i lustruje mnie spojrzeniem. - Uznaj to za karę. Młodego karzę wychłostać za nieposłuszeństwo - już nie jest miły. Dłonie faceta wędrują pod moją bluzkę i kierują się w stronę piersi. Zbliża usta do brzucha i kieruje się nimi wyżej. Szarpię się, ale on tylko uderza mnie w twarz.
- Puszczaj mnie - wycedzam przez zęby. Zero reakcji. Przenosi tylko wargi na moją szyję i liże ją. Bawi się zapięciem mojego stanika. Drugą wolną dłonią zaczyna podwijać mi bluzkę. Zginam nogę w kolanie i wymierzam porządnego kopa. Snow ląduje na ziemi i wije się z bólu. Ocieram szyję z jego śliny i z szybko bijącym sercem zmierzam do kabiny pilotów.
- Suka! - słyszę za sobą. Drzwi otwierają się z sykiem i blada jak ściana wchodzę do kabiny. Mężczyźni patrzą się na mnie zdziwieni. Jeden z nich wstaje z fotela i podchodzi do mnie.
- Coś się stało? - ku mojemu zaskoczeniu wyłapuję w jego głosie troskę. Czyżby wiedział, do czego ten ich Prezydent jest zdolny? Kiwam jedynie głową. Nie jestem w stanie nic powiedzieć. Jeśli to zrobię, to puszczę pawia. Facet podchodzi odrobinę bliżej i kładzie mi rękę na ramieniu. - Usiądź na moim miejscu. Ja z nim pogadam - patrzę mu w oczy. Widzę bardzo duże podobieństwo do James'a. Nogi mi się trzęsą. Siadam więc w miejscu, w którym on przed chwilą był i podciągam kolana pod brodę. Ocieram łzę, która spływa po policzku.
- Spokojnie młoda. To bracia. Znają się jak dwa łyse konie. Przemówi mu do rozsądku - jak dla potwierdzenia jego słów drzwi znowu otwierają się z sykiem i mężczyzna wraca.
- Lepiej Ci? - staje za mną. Kręcę głową. Jak może mi być lepiej po czymś takim?! Westchnienie. - Mam na imię Dante - podnosi mnie i sadowi sobie na kolanach, jak małą dziewczynkę i tuli do swojej piersi. - Musisz się zdrzemnąć.
- Nie chcę - jęczę. A jeśli on tu przyjdzie?
- Zaufaj mi - szepcze mi do ucha. Przymykam powieki i pozwalam, by pustka pochłonęła mnie bez reszty. W stanie snu jestem bezbronna. Mogą robić ze mną co tylko chcą. Ale potrzebuję odpoczynku. Dlatego też zapadam w sen bez koszmarów.
Subskrybuj:
Posty (Atom)